Europa Europa Środkowa i Wschodnia Społeczeństwo

Węgry nie chcą być same

Maurycy Mietelski

Parlament Europejski (PE) przegłosował 12 września 2018 roku wszczęcie procedury z artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej w sprawie naruszenia podstawowych zasad Unii Europejskiej przez Węgry. Węgierskiemu rządowi zarzuca się łamanie unijnych traktatów w dwunastu kwestiach, głównie dotyczących niezależności wymiaru sprawiedliwości, wolności wypowiedzi, praw mniejszości, czy też praw podstawowych dla migrantów i uchodźców. Jeśli Rada Europejska podejmie jednomyślną decyzję, wówczas Węgry mogą zostać pozbawione w niej prawa głosu.

Decyzja niezgodna z prawem?

Węgierski premier Viktor Orbán jeszcze podczas debaty w PE krytykował stanowisko swoich oponentów, zarzucając im „obrażanie Węgier i honoru narodu węgierskiego”. Jego zdaniem autorzy raportu są odpowiednikami zepsutych dzieci bogatych rodziców, które w porównaniu do Węgrów odziedziczyły demokrację zamiast ją zdobywać. Lider Fideszu stwierdził dodatkowo, iż Węgry są atakowane z powodu swojego przywiązania do konserwatywnych wartości chrześcijańskich i rodzinnych, a za krytyką jego kraju stoją zachodnioeuropejscy politycy chcący odebrać państwom narodowym możliwość decydowania o kwestiach związanych z imigrantami.

Tym samym węgierski premier wciąż jest wierny linii obrony swojego kraju, przyjętej już w 2015 roku podczas kryzysu migracyjnego, dodatkowo poszerzając ją o nowe elementy. Jak dotąd za napływem uchodźców do Europy miał bowiem stać amerykański miliarder George Soros, lecz obecnie Orbán zrzuca część winy za taki stan rzeczy na niemiecką kanclerz Angelę Merkel i francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona. Jego zdaniem oboje są zwolennikami rozwiązania, zgodnie z którym kraje członkowskie znajdujące się na obrzeżach UE byłyby pozbawione części swoich kompetencji w dziedzinie ochrony granic. Miałyby one zostać przekazane unijnym instytucjom, zaś ich przedstawiciele zastąpiliby węgierską straż graniczną i żołnierzy, a to – według węgierskiego premiera – doprowadziłoby do otwarcia granic dla imigrantów.

Rządzący Fidesz odwołuje się przy tym już nie tylko to kwestii tożsamościowych, ale również do przepisów prawnych. Już dzień po głosowaniu w PE na Węgrzech zaczęto więc mówić, że było ono nieważne. Szef kancelarii premiera, Gergely Gulyás, przedstawiając stanowisko gabinetu Orbána w tej sprawie, zwracał więc uwagę, że zgodnie z Traktatem Lizbońskim podobne decyzje powinny być podejmowane dwiema trzecimi głosów. Podczas głosowania należałoby więc uwzględnić również głosy wstrzymujące się, a wówczas rezolucja Europarlamentu stałaby się nieważna. Kilka dni później węgierski rząd zapowiedział więc oficjalnie, że zakwestionuje decyzję europosłów w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, powołując się na rozdział 263. Traktatu o Unii Europejskiej.

Opozycja protestuje

Przegłosowanie rezolucji przez Europarlament mogło ucieszyć zwłaszcza węgierską opozycję, która po kwietniowych wyborach parlamentarnych ponownie pogrążyła się w wewnętrznych sporach i walkach o przywództwo. W niedzielę 16 września na ulice Budapesztu wyszło więc kilka tysięcy osób, uczestniczących we wspólnej manifestacji lewicowo-liberalnych ugrupowań: Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP), Koalicji Demokratycznej (DK) oraz Dialogu dla Węgier (PM). Liderzy tych partii byli zgodni w kwestii poparcia konkluzji raportu holenderskiej posłanki Judith Sargentini, sugerując jednocześnie, że odsunięcie od władzy Fideszu i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (KDNP) nie będzie możliwe bez wsparcia UE.

Nie obyło się przy tym bez typowych dla węgierskiej opozycji kłótni i podziałów. Były socjalistyczny premier i szef DK Ferenc Gyurcsány nie był mile widziany przez resztę polityków uczestniczących w niedzielnej demonstracji, dlatego trzy dni później zorganizował własny wiec z udziałem zaledwie kilkuset osób. Ponadto pośród opozycji rozpoczęła się walka o polityczne beneficja związane z uchwałą Europarlamentu. Z tego powodu MSZP zapowiedziało złożenie w węgierskim Zgromadzeniu Narodowym szeregu projektów ustaw mających przywrócić praworządność na Węgrzech, natomiast niedługo potem taki sam pomysł przedstawiło DK. Obecnie obie partie mają więc negocjować na temat niepowielania swoich propozycji, co po raz kolejny uwidacznia problemy z jakimi boryka się węgierska opozycja.

Krytyka węgierskiego rządu w kontekście głosowania w PE jest najtrudniejszym zadaniem dla nacjonalistycznego i eurosceptycznego Jobbiku. Ugrupowanie to rywalizuje bowiem z Fideszem o ten sam elektorat. Pozostało więc ono  krytyczne wobec rządzących, ale jednocześnie nie mogło sobie pozwolić na wspieranie decyzji podejmowanych przez europejskie instytucje. Nacjonaliści postanowili więc skrytykować Orbána za nie odniesienie się do najważniejszych tez raportu Sargentini. Ich zdaniem decyzja PE powinna skłonić rządzących do większej dozy refleksji i samokrytycyzmu, ponieważ nie doszłoby do głosowania w Europarlamencie, gdyby nie wcześniejsze naruszenie zasad praworządności i demokracji przez rząd węgierski.  Jednak podczas samego głosowania nad rezolucją, poseł Jobbiku (Niezrzeszeni) wstrzymał się od głosu, nie chcąc jej popierać. Nie przeszkodziło to jednak członkom jego partii skrytykować części raportu, zwłaszcza w kwestiach związanych z imigracją i rzekomym przyzwoleniem rządu na akty przemocy na tle narodowościowym.

Nowy sojusz?

Wiadomo już, że odebranie Węgrom prawa głosu podczas obrad Rady Europejskiej najprawdopodobniej nie będzie możliwe. Mogą oni bowiem liczyć od początku choćby na wsparcie polskiego rządu, który zgodnie z deklaracją ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza sprzeciwi się podobnemu rozwiązaniu. Zawetowanie sankcji zapowiedziała także Bułgaria, co jest wynikiem przede wszystkim nacisku nacjonalistów na premiera Bojko Borisowa. Podobną deklarację złożył również szef czeskiego rządu Andrej Babiš, który uważa takie działania za psucie atmosfery wewnątrz UE. Zapowiedział więc wyciągnięcie politycznych konsekwencji wobec dwójki europosłów wywodzących się z jego partii, którzy poparli rezolucję podczas głosowania w PE.

Fidesz wydaje się przy tym coraz bardziej oddalać od swojej macierzystej grupy w Parlamencie – centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPL/EPP). Choć dotąd Węgry mogły liczyć na jej wsparcie, tym razem większość europosłów z EPP opowiedziała się za rezolucją, łącznie z przewodniczącym grupy Manfredem Weberem, który uważany był dotąd za protektora Orbána [1]. Sam węgierski premier nie chce jednoznacznie wypowiedzieć się na temat przyszłości swojego ugrupowania w ramach EPP, stąd pytany ostatnio o tę kwestię podkreślał jedynie, że jego partia cieszy się największą krajową popularnością spośród wszystkich partii członkowskich ludowców.

O tym, iż EPP staje się zbyt ciasne dla Fideszu dyskutuje się w Parlamencie Europejskim od wielu miesięcy, natomiast spekulacje nasiliły się zwłaszcza po sierpniowej wizycie Orbána we Włoszech, gdzie spotkał się z włoskim wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych Matteo Salvinim. Obaj politycy nie szczędzili sobie ciepłych słów, zaś węgierski premier nazwał wiceszefa włoskiego rządu „swoim bohaterem”. Najważniejsza w kontekście europejskich sojuszy była jednak deklaracja współpracy pomiędzy obydwoma politykami. Orbán i Salvini stwierdzili bowiem, że potrzebne jest nowe porozumienie, którego celem będzie obrona UE przed imigrantami i przełamanie ideologicznej dominacji lewicy. Jak dotąd nie są jednak znane żadne szczegóły nowego sojuszu, a warto w tym miejscu przypomnieć, iż Liga Salviniego należy w PE do frakcji eurosceptyków z Europy Narodów i Wolności, podobnie zresztą jak Wolnościowa Partia Austrii, której lider i wicepremier austriackiego rządu Heinz-Christian Strache również zadeklarował chęć współpracy z Fideszem.

Można spekulować, że obu polityków połączy postać Steve’a Bannona, czyli byłego głównego stratega Białego Domu w administracji amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Wieloletni redaktor naczelny portalu Breitbart News (uważany za jednego z twórców sukcesu wyborczego Trumpa), powołał w czerwcu instytut mający pomóc ruchom prawicowym w odniesieniu sukcesu w przyszłorocznych wyborach do PE. Kilka tygodni później nowa inicjatywa zyskała poparcie samego Orbána, który pochwalił Bannona za chęć krzewienia konserwatywnych idei, ale nie zadeklarował otwarcie współpracy z nowym ruchem. Sam Bannon pochwalił z kolei we wrześniu bieżącego roku węgierskiego premiera i włoskiego wicepremiera za „odzyskiwanie suwerenności swoich krajów”.

Węgry nie chcą Frontexu

Jak dotąd Budapeszt przynajmniej na jakiś czas potrafił łagodzić napięcia z Brukselą, wycofując się najczęściej z niektórych kontrowersyjnych projektów. Widać jednak wyraźnie, że obecnie Węgrzy nie zamierzają rezygnować ze swojej dotychczasowej polityki, ponieważ rezolucja PE de facto podchodzi krytycznie do całości reform wprowadzonych przez Fidesz po przejęciu władzy w 2010 roku. Z tego powodu Budapeszt nie tylko zaognia sytuację poprzez chęć zaskarżenia głosowania PE, ale dodatkowo nie zamierza wycofywać się z tak zwanego pakietu ustaw „Stop Soros”. Tym samym węgierski rząd odpowiedział negatywnie na sugestie Komisji Europejskiej, która uważa, iż powinien on wycofać się zwłaszcza z przepisów karzących imigrantów i ograniczających działalność organizacji pozarządowych.

Ponadto Węgry wystąpiły z krytyką planów szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, który chciałby wysłać 10 tysięcy strażników granicznych z Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex do państw znajdujących się na unijnych granicach. Jak już wspomniano, węgierski rząd stoi na stanowisku, że jest to element planu Merkel i Macrona, chcących odebrać kompetencje poszczególnym państwom w kwestii ochrony ich własnego terytorium. Z tego powodu Orbán powiedział podczas szczytu szefów państw UE w austriackim Salzburgu, iż jego kraj nie potrzebuje funkcjonariuszy Frontexu, ponieważ dotychczas agencji nie udało się „zabezpieczyć ani jednego metra jakiejkolwiek granicy”.

Trudno obecnie ocenić w jakim kierunku zmierzać będzie konflikt pomiędzy Budapesztem i Brukselą. Węgry nie czują się bowiem osamotnione, mogąc liczyć na wsparcie kilku unijnych państw, dlatego z pewnością nie pójdą na żadne daleko idące kompromisy. Ostatnie wypowiedzi przedstawicieli rządu mogą więc świadczyć, iż obóz Orbána jest przygotowany na długotrwały konflikt.


[1] Zob. M. Kędzierski, Manfred Weber – Niemiec na czele Komisji Europejskiej?

Zdjęcie użyte w artykule: Parlament Europejski, Flickr, licencja CC BY-NC-ND 2.0.


Maurycy Mietelski – Publicysta Portalu Spraw Zagranicznych Psz.pl. Ponadto publikował między innymi na portalu Histmag.org, tygodników “Wręcz Przeciwnie” i “Uważam Rze” oraz w kwartalniku “Rzeczy Wspólne”.