Tuk tukiem pod wieżowiec. Z plecakiem przez trzy królestwa południowo-wschodniej Azji

1035 1
PAWE? BIE?KOWSKI, Program Azjatycki

Tajlandia, Kambod?a i Malezja – z perspektywy podró?nika z plecakiem to trzy fascynuj?ce obrazy funkcjonuj?cych obok siebie (lecz bardzo od siebie ró?nych) pa?stw i spo?ecze?stw buduj?cej w?a?nie sw? regionaln? to?samo?? Azji Po?udniowo-Wschodniej. Trzy królestwa, które wysz?y jednak?e z odmiennych uwarunkowa? historycznych i kulturowych, poddane na przestrzeni dziejów wp?ywom mniej lub bardziej odleg?ych ludów, dzi? s? przyk?adem wielokierunkowego rozwoju i dynamiki, charakterystycznej dla wszystkich cz?onków ASEAN. Tego lata uda?o mi si? krótko, lecz intensywnie, zwiedzi? spor? cz??? ka?dego z nich. Po poni?szym materiale czytelnik powinien spodziewa? si? bardziej nie?mia?ego reporta?u, przepe?nionego subiektywnymi wra?eniami, ani?eli próby analizy czy oceny. Charakter tekstu narzuca zatem niechronologiczn? oraz impresywn? formu?? przekazu, do której równie? mo?na odnie?? si? w komentarzach.

Najwy?szy szczyt mitycznej Góry Nehru, odwzorowany w Angkor Wat

Najwy?szy szczyt mitycznej Góry Meru, odwzorowany w Angkor Wat

Angkor zapiera dech w piersiach. Decyduj? si? zacz?? opowie?? od tego w?a?nie miejsca, ze wzgl?du na si?? przekazu, jakie ono niesie. Ka?dy odwiedzaj?cy t? pradawn? stolic? pa?stwa Khmerów, z os?awionym w historii i kulturze popularnej Angkor Wat, zapewne bez wzgl?du na narodowo??, wyznanie czy pogl?dy, musi odda? ho?d wielko?ci ludzkiej my?li i pracy, które stworzy?y ten gigantyczny kompleks ?wi?ty?-gór. Powsta?e mi?dzy VII a XII wiekiem n.e. i rozrzucone w d?ungli pozosta?o?ci majestatycznych budowli powoli zarasta las i zadeptuje gromada turystów, g?ównie z Korei, Japonii i krajów zachodnich. Co zwraca uwag?, to przede wszystkim wyj?tkowy stopie? zorganizowania, jaki musia? charakteryzowa? pa?stwo Khmerów w czasie, gdy budowa?o ono swoj? stolic?. Ka?da ze ?wi?ty?, co a? trudno sobie wyobrazi?, powstawa?a praktycznie w ca?o?ci za ?ycia jednego w?adcy; bior?c pod uwag? trudno?ci terenowe, niesprzyjaj?cy klimat, niedostatek materia?ów budowlanych oraz s?siedztwo i liczne najazdy wrogich jednostek politycznych, wydaje si? to by? zadaniem niemal niewykonalnym. A jednak, ?redniowieczna (przez odniesienie do europejskiej historiografii) Kambod?a by?a prawdziwym imperium i ?rodkiem ci??ko?ci Azji Po?udniowo-Wschodniej. Angkor to jedno z miejsc, które trudno opisa? s?owami czy zdj?ciami, to raczej rodzaj zjawiska, jakiego nale?y do?wiadczy?. Samo Angkor Wat pozostawia w tyle najbardziej monumentalne i zdobne gotyckie katedry; zniewalaj?ce pos?gi mitycznych Apsar zawstydzaj? wizerunki greckich czy rzymskich bogów. Angkor uczy odwiedzaj?cych pokory i szacunku.

Autobusem przez Kambod??

Autobusem przez Kambod??

Podró?uj?c przez Kambod?? AD 2012 nietrudno jednak oprze? si? wra?eniu, ?e co? z tego niezwyk?ego poziomu zorganizowania pozosta?o tam do dzisiaj. Kiedy wysiadam z tajskiego autobusu w nadgranicznym miasteczku Aranyapathet, momentalnie otacza mnie t?umek kierowców tuk tuków, pragn?cych zaoferowa? mi dojazd do punktu granicznego, odleg?ego o kilka kilometrów. Uprzedzony przez uprzedni research internetowy o tym, jaka niespodzianka mo?e mnie czeka? na tej w?a?nie granicy, bez wahania zbywam sprytnego Taja w bia?ej kokserze i ciemnych okularach, który proponuje zawiezienie mnie do punktu wyrabiania khmerskich wiz, gdzie „pracuje jego przyjaciel”. Wybieram innego kierowc?, któremu t?umacz?, ?e posiadam ju? wiz? i prosz? o przejazd prostu do punktu odprawy. Oczywi?cie zawozi mnie tam, gdzie si? spodziewa?em. Nowy budynek z dziwacznym napisem „Visa Border”, bez ?adnych pa?stwowych oznakowa? czy flag, jest punktem docelowym wszystkich ignorantów, którzy nie s?yszeli o jednym z najszerzej zakrojonych oszustw granicznych na ?wiecie, rozgrywaj?cych si? w?a?nie na tajsko-khmerskim przej?ciu Aranyapathet-Poipet. Ludzie przebrani w mundury khmerskiej stra?y granicznej, w odleg?o?ci zaledwie kilkuset metrów od szlabanu granicznego, codziennie sprzedaj? trudnej do oszacowania liczbie pechowców fa?szywe wizy wjazdowe. Bez w?tpienia wie o tym s?u?ba graniczna i policja, ?miem jednak s?dzi?, ?e mundurowi równie? czerpi? z procederu korzy?ci. Z u?miechem ironii mijam ten „interes” udaj?c si? w kierunku prawdziwego przej?cia, gdzie bez problemu przekraczam granic?. Ju? po khmerskiej stronie nie nale?y jednak traci? czujno?ci. T?um turystów, g?ównie z Korei Po?udniowej, Wielkiej Brytanii i innych krajów zachodnich czeka tu na rzekomo darmowy autobus do dworca autobusowego, sk?d mo?na dojecha? do Siem Reapu i Phnom Penh. Oczywi?cie do??czam do innych backpackerów, zach?cany przez m?odego Khmera z plastikowym identyfikatorem, podaj?cego si? za pracownika rz?dowego ds. obs?ugi ruchu turystycznego. Zapchane autobusy odje?d?aj? co kilka minut, wywo??c ludzi z ma?ego miasteczka, wygl?daj?cego na takie, w którym z pewno?ci? nie chcia?oby si? sp?dzi? ani jednej nocy.

Nie wiesz? Zapytaj kierowcy tuk tuka...

Nie wiesz? Zapytaj kierowcy tuk tuka…

Kiedy docieramy na „dworzec autobusowy”, po?o?ony w szczerym polu za miastem, znów bez ?adnych oznakowa? czy cho?by napisów, zdajemy sobie spraw?, ?e niekoniecznie jest to to, czego si? spodziewali?my. Kupuj?c bilet do Siem Reapu za niebotyczne 10 dolarów ameryka?skich u?wiadamiamy sobie, ?e istotnie zostali?my w sprytny sposób naci?gni?ci przez prywatn? firm? przewozow? podaj?c? si? za narodowego przewo?nika. Stopie? organizacji ca?ego procederu, fa?szywe mundury, mnóstwo zaanga?owanych ludzi – wszystko to jest wr?cz imponuj?ce. I zarazem niegro?ne; mimo ?e przep?acili?my, to jednak szybko i bezpiecznie docieramy do Siem Reapu, otoczeni „trosk?” naszych „pilotów”, tym razem oferuj?cych nocleg w zaprzyja?nionym pensjonacie. Nie, dzi?kuj?, mam ju? rezerwacj?.

Kambod?a na 5., 20., 100. kilometrze...

Kambod?a na 5., 20., 100. kilometrze…

Nie warto jednak odczuwa? z?o?ci wobec ludzi, którzy w tak sprytny sposób wykorzystuj? turystów. Ju? kilka dni w Kambod?y u?wiadamia, jak biedny jest to kraj. Sza?asy na palach jako jedyny sposób na chroniczne powodzie i wylewy Mekongu, wychudzone byd?o, ciemno?? na horyzoncie -wobec niedostatków elektryczno?ci, ca?e rodziny ?pi?ce na ulicach w centrum stolicy kraju, powszechna i wsz?dzie zauwa?alna praca dzieci (nawet tych najm?odszych), biegaj?ce po ulicach szczury, czy wreszcie cz??ciowo szutrowa National Highway No. 6, któr? docieram do Phnom Penh – to wszystko wizytówka jednego z najubo?szych krajów po?udniowo-wschodniej Azji. Warto jednak pilnowa? portfela: jako ?e powszechnie obowi?zuj?c? walut? jest dolar ameryka?ski, a najmniejsze ceny zaczynaj? si? od 1 dolara, szybko okazuje si?, ?e w Kambod?y wydaj? wi?cej, ni? w Polsce. Brak transportu publicznego i konieczno?? ci?g?ego korzystania z tuk tuka równie? winduje koszty. W Kambod?y przeci?tny turysta nie ma szans pozna? cenowych realiów kraju; ka?dy, kto nie jest Khmerem p?aci cen? „turystyczn?”. Wobec powszechnej znajomo?ci j?zyka angielskiego w?ród miejscowych, odnosz? wra?enie, ?e naci?ganie cudzoziemców to chyba jedno z podstawowych ?róde? dochodów miejscowej ludno?ci.

Senne popo?udnie na deptaku w Phnom Penh

Senne popo?udnie na deptaku w Phnom Penh

I kontrasty, jak to w Azji. Imprezowy wieczór w Phnom Penh zaczyna si? dla mnie w stylowym barze urz?dzonym na dachu kamienicy z widokiem na rzek? i gwiazdy. Bez rezerwacji ani rusz, tylko wyj?tkowo udaje nam si? dosta? stolik. Tu bawi si? miejscowa elita. Co dalej? Do klubu! Tuk tuk wiezie nas do „najlepszego w mie?cie”, o znajomej nazwie „Saint Tropez”. Kierowca obiecuje wróci? po nas kiedy tylko zechcemy; prywatny szofer za 4 dolary. Magia globalizacji wita nas na parkiecie, gdzie przy swojskich pokrzykiwaniach Mr. Worldwide podskakuje bananowa m?odzie? stolicy, ubrana u Versace, Armaniego i naturalnie Louis Vuitton. Szybko zapoznana Khmerka okazuje si? jednak nie by? „st?d”. Kelnerka z Siem Reapu, na co dzie? serwuj?ca piwo gromadzie turystów na jednej z dwóch czy trzech imprezowych ulic miasta u wrót Angkor, przyje?d?a w weekendy do stolicy z kole?ankami „bo u niej ju? wszyscy j? znaj?”. Jej brat to kierowca tuk tuka, ona za? sama studiuje zaocznie angielski. Do Phnom Penh przyjecha?a tak?e z?o?y? wniosek o paszport. „Nigdy nie by?am za granic?. A tak chcia?abym zobaczy? Bangkok…”

Z Pa?acu Królewskiego w Bangkoku

Z Pa?acu Królewskiego w Bangkoku

Bangkok. Jak ca?a Tajlandia kojarzy si? z jednym. W ka?dym razie, wydaje si? (i tak naprawd? tylko wydaje) obraca? wokó? ograniczonego uniwersum, ale o tym dalej. By doceni? cho?by pobie?nie wewn?trzn? ró?norodno?? tego kraju, wystarczy spojrze? na map? i dostrzec rozmiar i zró?nicowane po?o?enie Tajlandii. Tymczasem wi?kszo?? turystów uto?samia ten kraj w?a?nie z Bangkokiem, gdzie kilku filmowych bohaterów urz?dzi?o sobie niezapomniany wieczór kawalerski oraz z resortem w Phuket, gdzie znajduj? si? wprost fenomenalne – potwierdzam! – pla?e. „Kraj tysi?ca u?miechów” to rzeczywi?cie wymarzona destynacja turystyczna, gdzie wypoczynek nad turkusowym morzem ?atwo po??czy? ze zwiedzaniem pradawnych ?wi?ty?, trekkingiem w?ród dzikiej przyrody czy delektowaniem si? lokaln? kuchni?. Stolica kraju wita przyjezdnych morzem wie?owców, nowoczesnym nadziemnym metrem, na które pewnie jeszcze d?ugo nie b?dzie sobie mog?o pozwoli? ?adne europejskie miasto, czy szerokimi autostradami, przy których te polskie wygl?daj? wr?cz ?a?o?nie. Do roku 2020 w Tajlandii powstanie równie? kolej szybkich pr?dko?ci, o której w Polsce tylko si? mówi. W metrze w Bangkoku ka?dy podró?uje z w?asnym smartfonem. Ka?da niemal ulica, ka?dy dom, s? przyozdobione podobizn? króla lub cz?onków królewskiej rodziny, której obraza uwa?ana jest za powa?ne przest?pstwo. Przechadzaj?cy si? wsz?dzie buddyjscy mnisi nadaj? krajowi tego oczekiwanego klimatu „Orientu”. Tysi?ce turystów odwiedzaj? magiczn? Ayutthay?, star? stolic? Syjamu, gdzie podobnie jak w Angkor nostalgiczne ruiny ?wi?ty? opowiadaj? histori? chlubnej przesz?o?ci. Nie wszystko w Tajlandii jest jednak tak idealne.

?wi?tynie i wie?owce Bangkoku

?wi?tynie i wie?owce Bangkoku

To w?a?nie do Tajlandii rokrocznie zje?d?aj? tysi?ce (?), miliony (?) seksturystów, „poluj?cych” na okazje w popularnej seksdzielnicy Bangkoku czy wyspecjalizowanej niemal wy??cznie w „tych” us?ugach Pattayi. W tym ostatnim mie?cie, osobie która nie przyjecha?a tam w „wiadomym” celu, wr?cz trudno jest si? odnale??: po?ród t?umu rozwrzeszczanych bar girls, natr?tnych lady boyów, czy zwyk?ych prostytutek, przechadzaj?cych si? przez miasto w towarzystwie bia?ych turystów z nadwag? i w s?dziwym wieku. Najbardziej piorunuj?ce wra?enie robi jednak prostytucja dzieci?ca, któr? bardzo ?atwo dostrzec nawet na g?ównych ulicach: na oko 10-12 letnie dziewczynki reklamuj? kluby specjalizuj?ce si? w us?ugach skierowanych do tego w?skiego grona klientów. Wprawdzie prostytucja w Tajlandii jest prawnie ograniczona do kobiet i m??czyzn powy?ej 18 roku ?ycia, to naprawd? trudno oprze? si? wra?eniu, ?e w?adza przymyka oko na proceder prostytucji nieletnich. Po t?umach turystów, nawet poza ?cis?ym sezonem, mo?na wywnioskowa? ?e niestety popytu nie brakuje.

Bez zat?oczonego bazaru nie by?oby azjatyckiego miasta!

Bez zat?oczonego bazaru nie by?oby azjatyckiego miasta!

Ci?gle jednak to Tajlandia stanowi ko?o zamachowe regionu w sensie gospodarczym. Kiedy nasz autobus jad?cy w kierunku granicy z Kambod?? zatrzymuje policja w celu kontroli pasa?erów, funkcjonariusze dok?adnie wiedz?, kogo w nim szuka?. Tego dnia wyprowadzili z pojazdu rodzin? Khmerów. Zapytany Taj odpowiada, ?e to „nielegalni”, pracownicy migruj?cy, nieposiadaj?cy dokumentów. S? pono? pakowani na ci??arówki i natychmiastowo deportowani. Jest ich jednak bardzo du?o, pracuj? w sprzeda?y i drobnych us?ugach, s? naturalnie bardzo widoczni w rejonie przej?? granicznych, wzd?u? których ci?gn? si? olbrzymie bazary, a handluj?ce na nich „mrówki” pod koniec dnia w?asnor?cznie tocz? wozy ze swoim dobytkiem przez granic?, z powrotem do Kambod?y. Wida? ju? teraz wyra?nie, ?e ten ostatni kraj przejmuje coraz bardziej od Chin funkcj? „fabryki ?wiata”, a przynajmniej regionu. Bo tak jest taniej. Tajlandia go?ci tak?e inn? grup? pracowników. Spotkany podczas przesiadki na dworcu autobusowym w Hat Yai Filipi?czyk przedstawia si? jako „nauczyciel angielskiego”. Lekko zdziwiony jego b?d? co b?d? niezbyt p?ynnym angielskim oraz funkcj?, jak? tu pe?ni, pytam o szczegó?y. „Na Filipinach sko?czy?em szko?? piel?gniarsk?, ale w tym zawodzie jest nas ju? za du?o, wi?c nie mog?em znale?? w pracy. A w Phuket przyj?to mnie jako nauczyciela angielskiego w szkole za 35 000 bahtów miesi?cznie” (ok. 3 500 z?otych, czego chyba móg?by pozazdro?ci? i polski nauczyciel). Na razie dzieli mieszkanie z kolegami, ale sta? go ju?, by kupi? w?asny skuter. Zamierza od?o?y? troch? pieni?dzy i otworzy? w?asny interes gastronomiczny z powrotem na Filipinach. Dlaczego nie w Tajlandii? „Bo tu dyskryminuj? obcokrajowców, zw?aszcza z innych krajów Azji. Prac? by?o mi znale?? bardzo trudno, tylko gdybym by? bia?y mog?oby by? mi ?atwiej. Na Filipi?czyków patrzy si? z góry.” „Licz? na ASEAN”, dodaje z nadziej?, s?ysz?c moje porównania do sytuacji w Europie.

Tropikalny deszcz ch?odzi Kuala Lumpur ka?dego popo?udnia

Tropikalny deszcz ch?odzi Kuala Lumpur ka?dego popo?udnia

Krótki i spokojny lot z Phnom Penh na pok?adzie samolotu linii Air Asia (tego azjatyckiego Ryanaira, który jednak?e pod wzgl?dem stosunku cena/jako?? na g?ow? bije swojego europejskiego odpowiednika) prowadzi mnie do Kuala Lumpur. Olbrzymi terminal dla linii niskokosztowych (wygl?daj?cy na wi?kszy ni? obydwa terminale na Ok?ciu) to tylko cz??? wielkiego lotniska, z którego 10-pasmowa autostrada wiedzie do centrum miasta. W?ród gajów palmowych rozpo?ciera si? legendarny tor Formu?y 1 Sepang. Kuala Lumpur to miasto przysz?o?ci, które powala samym swoim widokiem. Nowoczesne, szklane wie?owce, wygl?daj?ce tak, jakby wczoraj zdj?to z nich foli?. Wszelkie rodzaje metra: podziemne, nadziemne, automatyczne, jednotorowe. Klimatyzowane chodniki, zabudowane w centrum miasta na wysoko?ci drugiego pi?tra. Sterylna wr?cz czysto??. Gigantyczne centra handlowe, na czele z tym umiejscowionym w budynku Petronas Towers, kilkakrotnie wi?ksze od Z?otych Tarasów, sprzedaj?ce marki, o których wi?kszo?ci europejskich centrów handlowych nawet si? nie ?ni?o. Przyjazne rozwi?zania urbanistyczne, w tym synergia miasta z natur?, przejawiaj?ca si? zw?aszcza na przyk?adzie parków: z centrum miasta do niemal prawdziwej d?ungli jest tylko kilka kroków. Olbrzymia fortuna pochodz?ca z ropy, przemys?u i handlu uczyni?a z Kuala Lumpur i Malezji jedno z gospodarczych centrów regionu.

W Chinatown mo?na kupi? wszystko

W Chinatown mo?na kupi? wszystko

Malezja przyci?ga na siebie uwag? zw?aszcza poprzez swoj? wielokulturowo??; to tu bowiem ponad 60-procentowa spo?eczno?? muzu?ma?ska ?yje w zgodzie z liczn? mniejszo?ci? chi?sk?, która tradycyjnie uto?samia si? bardziej z Chinami ni? z krajem nawet wielopokoleniowego pobytu, wespó? z indyjsk? czy tradycyjnymi ludami Malajów. Wspólnie tworz? zgrane spo?ecze?stwo, wykorzystuj?ce efekt synergii pomi?dzy poszczególnymi grupami. Wszystko to jednak w obliczu majestatu prawa. Telemonitoring na ulicach jest powszechny, a nawet drobne wykroczenia podlegaj? surowym karom. Równie? sfera obyczajowa podpada pod kompetencj? nadzoru w?adz. To wszak Malezja zas?yn??a z policyjnych rajdów na hotele, przeprowadzanych w Walentynki w poszukiwaniu cudzo?o??cych muzu?ma?skich par. Ten temat pojawia si? w mojej rozmowie z wolontariuszk? oprowadzaj? mnie po imponuj?cym Masjid Negara, Narodowym Meczecie w Kuala Lumpur. Czy na przyk?ad jest to w zgodzie z ich wiar?, ?e napotkane przeze mnie w Malezji dziewczyny nosz? jedynie niedba?e chusty, odkrywaj?c ramiona czy nogi? „Oczywi?cie, ?e nie.” – odpowiada okryta woalem przewodniczka. „Jako kobiety, mo?emy odkrywa? jedynie twarz, r?ce i stopy. Dziewczyny, które widzia?e? s? dla mnie niekonsekwentne”. Kobieta sprawia wra?enie bezpo?redniej i zrelaksowanej, nie stwarza dystansu charakteryzuj?cego nieraz mocno wierz?cych Muzu?manów. I tak w?a?nie wygl?da islamska Malezja: z jednej strony kobiety, odkrywaj?ce jedynie twarze i r?ce, ale jednocze?nie maj?ce powszechny dost?p do wszystkich zawodów, takich jak celnik, kierowca, policjant czy ochroniarz. Z drugiej te, które Muzu?mankami pozosta?y pewnie tylko z nazwy, zarzucaj?c chust? na g?ow?, ale jednocze?nie nosz?c sk?pe, modne ubrania. „Ca?kowite okrycia kobiet, w których zupe?nie nie wida? nawet oczu, to cz?sto wymys? zazdrosnych m??ów czy nadgorliwych wyznawców na Bliskim Wschodzie czy w Afganistanie. Koran wcale tego nie nakazuje” – kontynuuje przewodniczka. Tak, Malezja to islam, którego warto do?wiadczy?. „Dok?d jedziesz dalej?” Do Penang. „Penang! Pochodz? stamt?d. Mi?ej podró?y!”

Kolonialna dusza Georgetown

Kolonialna dusza Georgetown

Ach, Penang. Fantastyczna, kilkugodzinna jazda poci?giem przez d?ungl? zabiera mnie na pó?noc kraju do Butterworth, sk?d promem docieram do Georgetown, niegdysiejszej stolicy brytyjskich Malajów, po?o?onego w?a?nie na fenomenalnej wyspie Penang. Samo dziedzictwo kolonialne wida? w Malezji na ka?dym kroku, kraj ten wszak datuje swoj? niepodleg?o?? zaledwie od lat 50. ubieg?ego stulecia. Dziedzictwo to miesza si? z poczuciem nowej narodowej to?samo?ci, czy wr?cz narodowej dumy. Kuala Lumpur usiane jest wprost flagami pa?stwowymi, z których te najwi?ksze opasuj? ?ciany wie?owców przylegaj?cych do placu Merdeka. Warto zauwa?y?, ?e dekorowanie flagami ulic czy domów, nawet w najzwyklejsze dni, jest powszechne równie? w Tajlandii i Kambod?y. Mo?na odnie?? wra?enie, ?e ka?dy z tych krajów pragnie podkre?li? tym samym swoj? odr?bno??, umocni? swoj? to?samo??. W Malezji ma to równie? ten wymiar, ?e w to?samo?? narodow? nowego, multietnicznego pa?stwa, zgrabnie wpisuj? si? wiktoria?skie kamienice i ratusze czy dawne angielskie nazwy ulic, które w Georgetown funkcjonuj? równolegle z malajskimi. Nie ma tam poczucia, ?e „nowe” chcia?o za wszelk? cen? odci?? si? od „starego”, kolonialnego. Tak jakby 50-60 lat temu kto? w tym kraju przeczuwa? ju? er? globalizacji… I tak funkcjonuj? ze sob? wiktoria?skie zabytki, rozrzucone wsz?dzie meczety, kolorowe hinduskie ?wi?tynie, czy rzadko spotykane nawet w Chinach, zw?aszcza od Rewolucji Kulturalnej, ?wi?tynie rodowe ku czci przodków, oraz wie?owce, centra handlowe, dymi?ce jedzeniem wszelkiej ma?ci nocne bazary czy ulice popularnych barów i restauracji. Malaysia truly Asia!

Z cyklu: ile pomie?ci tuk tuk?

Z cyklu: ile pomie?ci tuk tuk?

Nie by?oby podró?y po po?udniowo-wschodniej Azji bez cho?by kilku przeja?d?ek tuk tukiem. Te zwykle trójko?owe, b?d? doczepiane do zwyk?ego dwusuwowego skutera minitaksówki, to w istocie podstawowy ?rodek transportu w regionie. Przy cz?sto symbolicznych cenach, zw?aszcza w centrum miast (cho? zwykle po ostrym targu!) sta? na nie niemal ka?dego. Mówi? one te? sporo o krajach, po ulicach których je?d??. I tak, tuk tuki wspó?odpowiedzialne s? zapewne za niezno?ny zaduch i zanieczyszczenie powietrza w Bangkoku (b?d? co b?d? uwa?anego za najgor?tsz? stolic? na ?wiecie). Prowadzone przez ludzi z nizin spo?ecznych, cz?sto s?u?? za miejsce noclegu swoich kierowców, co przysz?o mi nieraz zobaczy?. Sami kierowcy nie trudni? si? wszak jedynie transportem ludzi. Przeci?tny „tuktukarz”, zaczepiaj?cy turyst? na ulicach Siem Reapu, w ci?gu dnia ograniczy si? do ?piewnego sloganu „Tuk tuk, my friend! Best price!”. Gdy zapadnie zmrok, jego repertuar potrafi si? jednak szybko rozszerzy?: „Tuk tuk my friend! Or maybe you wanna smoke somethin’? Marijuana? Cocaine? Nice girls? Why not??”. Dla zainteresowanych: cena wyj?ciowa dzia?ki marihuany wynios?a 20 USD, kokainy 80 (cho? jako niezorientowanemu w temacie trudno mi oceni? czy to du?o, czy ma?o). Ale i tak najcz?stsz? sytuacj?, w której niemal ka?dy si?gnie po tuk tuka, jest próba znalezienia swojego hostelu w g?szczu zagmatwanych adresów i nieraz jeszcze bardziej zakr?conych ulic. „Zabior? Ci? tam za 50 bahtów”. W porz?dku, to pewnie i tak jest zaraz za rogiem, wi?c dojecha?bym tam i za 10, ale nie znam miasta, wi?c niech ci b?dzie.

Trudno tu nawi?za? do wszystkiego, co uda?o mi si? zobaczy? oraz wyprostowa? niektóre z moich prywatnych opinii w oparciu o to, czego nie widzia?em. Ka?dy z tych trzech krajów to oddzielne historie, ludzie, wra?enia, przyroda, kuchnia, j?zyki, obyczaje, nawet odcienie kolorów czy zapachy. Feeria wszystkiego, czego warto do?wiadczy?, a naprawd? trudno na pierwszy rzut oka zrozumie?. Jak ka?de miejsce na Ziemi zreszt?. Polecam wypróbowa? samemu. A wcze?niej komentowa? i zadawa? pytania, na które ch?tnie odpowiem. Ka?de z tych miejsc i ka?dy spotkany tam cz?owiek zas?uguje na ca?y wieczór opowie?ci.

Opuszczaj?c z ?alem zjawiskow? Zatok? Phang Nga, Tajlandia

Opuszczaj?c z ?alem zjawiskow? Zatok? Phang Nga, Tajlandia

To be happy it is important to be healthy. How can medicines help up? It isn’t arduous for immigrants to purchase drugs online. How it is possible? For example Xylocaine causes loss of feeling in an area of your body. Given during childbirth. Secondly treats emergency heart rhythm problems. Usually, if you have lost the charisma, charm to a particular partner, treatment options like Cialis to improve potency is unlikely to help him back. Cialis is a drug used to treat various troubles. What do you already know about sildenafil vs tadalafil? Apparently every adult has heard about vardenafil vs sildenafil. (Read more http://rootinfonline.com/cialis-for-daily-use.html). Like all other medications, Cialis is also according of it’s active component. While the physic is credited with nerve pain, it can also cause sexual frustration. The most common possibly serious side effects of such medicaments like Cialis is stuffy or runny nose. Tell local physician if you have any unwanted side effect that bothers you. Discuss the problem with your heartiness care professional to ensure that you can use this drug. Some tests can be used to extent of male sexual problems.

The following two tabs change content below.

Paweł Bieńkowski

Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW (2011), studiował również na University of Kent w Canterbury (2008-9). Odbywał staż w brukselskim Egmont – The Royal Institute for International Relations, gdzie prowadził badania dotyczące współpracy UE z jej partnerami strategicznymi w dziedzinie zwalczania zagrożeń transnarodowych (2011). Reprezentant Polski na obchodach EU-China Year of Youth 2011 w Brukseli i Shenzhen. Praktykant w Ambasadzie RP w Pekinie (2010). Prezes Koła Wschodniego UW (2007-2009). Działa na rzecz popularyzacji idei Azji w środowisku akademickim. Członek Centrum Inicjatyw Międzynarodowych w latach 2010-2013.

1 komentarz on "Tuk tukiem pod wieżowiec. Z plecakiem przez trzy królestwa południowo-wschodniej Azji"

  1. Rafał Bill

    Niesamowity artykuł, porywający reportaż.

    Dla zorientowania, 20$ za działkę marihuany (zastanawiam się, co u nich znaczy działka) to może być dużo: w Polsce gram tego narkotyku kosztuje od 25 do 40 zł, w zależności od regionu. Na zachodzie worek (ok. 10 gramów) to zazwyczaj kwota 10 euro (tak, tak, na zachodzie Europy marihuana jest bardzo tania, co wiele nam mówi o cenach pomiędzy krajami). Cena kokainy również lekko wygórowana, przy czym ten narkotyk nie jest zbyt popularny w Europie (u nas wygrywa LSD wobec kokainy, która popularna jest zwłaszcza w USA).

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>